2007-11-30 20:52:17 >>
miłość w obliczu śmierci
Poranne światło wpadło na moja twarz nagle, budząc mnie i tak ze strzępków snu. Otworzyłam lekko oczy, jednak promienie słoneczne padające wprost na mnie uniemożliwiły mi zobaczenie czegokolwiek.
- Widzę, że się obudziłaś… księżniczko- powiedział Ktoś głosem, za którym tak tęskniłam, i który chciałam usłyszeć każdego dnia, a z racji wojny nie miałam możliwości.
- Dawid!- wyskoczyłam szybko z łóżka i przytuliłam się do chłopaka- David tak za tobą tęskniłam- mruczałam w jego ramię.
- Ja za tobą też maleńka- odezwał się po chwili głaszcząc mnie po głowie- jak tylko mama powiedziała mi, że tu jesteś od razu tu przybiegłem. Bałem się, że coś ci się stało, powiedz dlaczego tak nagle przybyłaś, dlaczego nie odpowiadałaś na listy, co się działo, żadnej wiadomości od ciebie przez całe 2 miesiące nie miałem. Jo naprawdę myślałem, że coś jest nie tak….
Oderwałam się od niego i usiadłam na łóżku. Nie wiedziałam, co miałam mu powiedzieć… Dawid spojrzał na mnie i usiadł obok mnie.
- Musiałaś uciekać?- szepnął.
- Tak- odpowiedziałam bardzo chrypliwym głosem- nie mogłam… nie chciałam… nie potrafiłam- zaczęłam i parę łez pociekło mi po twarzy- jak mogłam patrzeć na to wszystko? Jak mogłam przyłączyć się do śmierciożerców… Dawid… myślałam, że jestem silna, że urodziłam się po to by służyć… czarnemu Panu… ale to wszystko… Przechodzi moją cierpliwość… wytrzymałość… Musiałam uciekać bo nie należałam do śmierciożerców, a mój dom stał się ich główną placówką… mama kazała mi uciekać, bo inaczej… zapewne czarny pan zabiłby mnie…- oparłam głowę o ramie Dawida, a on mocno mnie przytulił.
- Jo… dlaczego nie pisałaś… zabrałbym cię stamtąd od razu- powiedział po chwili David.
- Dawid nie mogłam… w sumie przychodząc do ciebie jakby spadłam z deszczu pod rynnę, jesteście w dużym niebezpieczeństwie bo nie trzymacie z czarnym panem… Poza tym… Znasz pottera i możesz wiedzieć gdzie on jest… Te wszystkie nieudane zamachy na niego… Zginęło za dużo osób, Dawid.. oni nie będą mieli oporów, żeby zabijać kolejne osoby.- spojrzałam na niego ze łzami w oczach- ty i cała twoja rodzina jesteście w niebezpieczeństwie.
- Joanne… jedynie ja jestem w niebezpieczeństwie, rodzice sobie poradzą oni nie biorą udziału w wojnach ich to nie dotyczy… a przynajmniej tak myślą… I teraz miałbym ich zostawić? Jo. Nie mogę…- przerwał bo do pokoju weszła mama Dawida.
- Och rozmawiacie…-mama Dawida nie wydawała się jednak speszona- przyniosłam Joanne śniadanie, wkońcu już prawie południe… Przepraszam podsłuchałam, przez przypadek oczywiście, waszą rozmowę… Dawid… masz rację nas to nie dotyczy, my sobie poradzimy, ale was nie jesteśmy wstanie chronić, jesteście już prawie dorośli, musicie umiec podejmować odpowiednie decyzje… A wydaje mi się, że właściwą decyzją będzie… jeżeli opuścicie ten dom… Nie żebym was wyrzucała, bo to wasza decyzja… Chodzi o to… Jo… strasznie mi przykro, z tego co usłyszałam dzisiaj, szykują zamach i na Ciebie…. I na Dawida, na Dawida tak jak mówiłaś, bo może coś wiedzieć o biednym Harrym…
- Aco mają do Jo?!- krzyknął Dawid.
- Nie jestem pewna, chodzą pogłoski, ze zdradziła tego-Którego-Imienia-Nie-Wolno-Wymieniać, ze nie przyłączyła do jego grupy i uciekła… Nietrudno im będzie wywnioskować gdzie uciekłaś Joanne…- powiedziała smutno mama Dawida.
Spojrzałam na chłopaka, nie wiedziałam, co miałam zrobić… na dodatek czułam się paskudnie, końcu smierciożercy pierwsze, co zrobią to przyjdą tutaj…. Naraziłam dodatkowo rodziców Dawida…
- Pani Lilianne… Przepraszam- odezwałam się po chwili.
- Joanne, kochanie nie masz za co przepraszać… musiałaś gdzieś się podziać a Dawid jest ci chyba najbliższą osobą poza Hogwartem… Rozumiem… i bardzo się cieszę, że masz do niego takie zaufanie- uśmiechnęła się tak jakoś…. Po matczynemu…
Dawid przytulił mnie jeszcze mocniej… Wiedziałam, że nie zostawi mnie i wiedziałam, że już dzisiaj wyruszymy w niekończącą się ucieczkę.
- Joanne- spojrzał na mnie po chwili- wyjdziesz za mnie?
- Słucham- spytałam zszokowana, skąd mu się to w takiej chwili urodziło?!
Mama Dawida patrzyła to na mnie to na niego, nie widząc (chyba po raz pierwszy) co powiedzieć, jak zareagować.
- czy wyjdziesz za mnie… Joanne, nikt nie wie czy to wszystko przeżyjemy, kocham Cię i chciałem, żebyśmy umierali jako… małżeństwo… chciałem przypieczętować nas związek właśnie w takiej chwili.
- ale Dawid jak ty to sobie wyobrażasz?! Przeciez musimy uciekać, kto nam udzieli ślubu… teraz?!- patrzyłam na niego z mieszaniną przerażenia, politowania, a nawet radości.
- och Joanne- odezwała się pani lilianne-ślubu może wam udzielić mój mąż, ma do tego uprawnienia!!!- aż zaklaskała ucieszona.
- To znaczy, że pobralibyśmy się dzisiaj?- odzewałam się skolowana.
- Tak- powiedział Dawid- to… Joanne wyjdziesz za mnie?- powtórzył tym razem klękając przede mną.
Spojrzałam na niego, później na jego mamę, obydwoje wyglądali jakby zaraz mieli zemdleć z nerwów.
- Oczywiście- uśmiechnęłam się i pocalowałam Dawida.
- Jesteście pewni?- ojciec Dawida, sir Bernard Henderson, postawny mężczyzna, z którego wręcz biła siła i ciepło, ale też momentalnie wywoływał respekt w odbiorcy. Rzadko spotykałam takich ludzi. Patrzył się na nas smutnymi i zmęczonymi oczami-Chodzi mi o waszą podróż, myślę, że… nie jest konieczne żebyście nas opuszczali.
- Panie Bernardzie- odezwałam się szybko- to wszystko moja wina, nie chcę dłużej państwa narażać, jeżeli uciekniemy z Dawidem, podwajamy nasze i wasze szanse na przeżycie, gdybyśmy tu zostali… wszyscy byśmy zginęli…
Ojciec Dawida spojrzał na mnie i tylko westchnął, po chwili powstał i podszedł do swojej biblioteczki, z której wyciągnął stary opasły tom.
- Joanne Malfoy, wnuczka niezapomnianego Crabusa Malfoya, córka Lucjusza Malfoya… Tych Malfoyów, od pokoleń sympatyzujących z czarną magią- jeździł palcem po rzędach liter wyraźnie czegoś poszukując- czy zdajesz sobie sprawę Joanno, że od teraz będziesz traktowana jako zdrajca krwi, nikt, prócz Syriusza Blacka nie dopuścił się takiej zdrad… Zresztą Syriusz przypłacił to życiem… i jest jeszcze ta córka… jak ona się zwala… Nimfadora Tonks, jest tak samo poszukiwana jak ty…
- Jakie to ma znaczenie- przerwałam mu- teraz każdy może bać się o swoje istnienie, jak pan sam zauważył Dawid też jest zagrożony, kto wie czy nie bardziej niż ja… Na każdego, jak będą chcieli, coś znajda…
Pan Bernard spojrzał na mnie znad woluminu, po czym powrócił do studiowania ksiązki. Po chwili znów przemówił.
- A zatem chcecie się pobrać? Cóż jesteście młodzi, ale nie mi stawać na drodze… hmmm…-uśmiechnął się do siebie- miłości. Mogę wam udzielić ślubu, pod jednym warunkiem….
- Jakim?!- odezwaliśmy się natychmiast z Davidem.
- Musicie mi obiecać, że gdy będzie po całej tej wojnie, a wierzę, że nastapi to niedługo, wy i wasze wnuki zamieszkacie w tej posesji i będziecie z dumą kontynuować ród Hendersonów. I jeszcze jedno… Postarajcie się powstrzymać przed nieustającym migrowaniem. Znalazłem dla was w miarę bezpieczne ukrycie, jeżeli ustanowicie mnie swoim strażnikiem tajemnicy możecie czuć się w pełni bezpieczni.
- Pierwszy warunek możemy spełnić, ale drugiego nie- odpowiedziałam szybko nie pozwalając odezwać się Dawidowi, który spojrzał na mnie zdziwiony- nie mogę pana narażać aż tak, będę panu za wszystko dozgonnie wdzięczna, nie śmiałabym prosić pana o bycie naszym strażnikiem.
- Nie ufasz mi Joanne?- pan Henderson spojrzał na mnie zdziwiony.
- Wręcz przeciwnie, po prostu nie chcę, żeby brał pan na siebie tak ogromne brzemię, zwłaszcza, że już i tak sprowadziłam na państwa kłopoty… Strażnikiem naszej tajemnicy musi być ktoś kogo śmierciożercy nigdy nie posądza o bycie naszym strażnikiem, strażnikiem drugiej strony musi to być osoba zaufana… I mam pomysł na taką osobę-rzekłam patrząc się w oczy panu Hendersonowi.
- Dobrze więc… udzielę wam ślubu, zaświadkują wam… w sumie możemy to potraktowac jako prezent ślubny, panienka Salma Liverdale i pan Tom Rasolsky- uśmiechnął się i podszedł do drzwi, gdy je otworzył pojawili się Salma i Tom.
- Joanne! Dawid!!- Salma podleciała do nas i wycałowała z każdej strony. Musiałam przyznać, że wyglądała bosko, jak gwiazda ubrana w piękną szatę opinającą się na jej ciele.
- Salma Tom! Jak się cieszę, że was widzę! Jak tu dotarliście?! I skąd się dowiedzieliście?- spojrzałam na Toma, który uśmiechnął się tylko i bezgłośnie powiedział „pani Henderson”.
- Joanne! Pobierasz się! Z davidem!! Nigdy bym nie pomyślała, że będę ci świadkowała i to zanim skończymy szkołę!!!- piszczała rozanielona Salma.
Uśmiechnęłam się tylko i przytuliłam się do Dawida, który wydawał się być bardziej milczący. Spojrzałam na niego i cicho spytałam.
- Wszystko ok.?
- Tak- uśmiechnął się spoglądając na mnie- musisz się przygotować do ceremonii… zresztą ja też- pocałował mnie w policzek i wyszedł z gabinetu ojca.
- Chodź Joanne, zrobimy z ciebie boginię piekności….- zawołała radośnie Salma łapiąc mnie za dłoń i wyciągając z pokoju.
Wyszłyśmy z pokoju i poszłyśmy do „mojej” sypialni, gdzie czekała już na nas mama Dawida z naręczem sukni, welonów i toreb z butami, oraz masą kosmetyków.
- Pani Lilianne… Skad pani to wszystko wzięła?- spytałam otępiała.
- och Joanne, ta suknia- pokazała mi pierwszą boską i niezwykle zdobioną suknię- należała do mojej pra prababki, w niej brała ślub, ta natomiast- kremowa skromniejsza od poprzedniej, ale nadal bijąca po oczach bogactwem- jest po mojej ciotecznej siostrze Karren Andersen, ta- najpiękniejsza suknia jaką kiedykolwiek widziałam kremowa, skromna, przyozdabiana zielonymi kamieniami szlachetnymi, bez pleców, z koronkowymi ramionami, cudowna w całej okazałości- należała do mnie, w niej brałam ślub, nawiasem mówiąc, doskonale do ciebie pasuje, zwłaszcza, że jesteś ze slytherinu, tak jak ja- uśmiechnęła się do mnie. Rzuciła jeszcze parę sukienek zrodzinnej kolekcji na łóżko, ale ja bylam absolutnie oczarowana tamtą sukienką i uparłam się, że to w niej chcę brać ślub.
- Wiedziałam, że się tobie spodoba… no dobrze, więc buty… hmmm… najlepiej będą pasowały te…- rzuciła w moją stronę delikatne kremowe sandałki z samych pasków- teraz włosy… pomyślmy- wyjęła z włosów (?!) różdżkę (co spowodowało, że jej kok rozpadł się) i zamachnęła się nią raz. Na mojej głowie pojawił się ulizany kask blond włosów- nie, absolutnie, nie pasuje- mruknęła niezadowolona i znów machnęła różdżką. Teraz włosy ułożyły się w delikatne i subtelne fale, ale niepasujące jakoś do całej kreacji- też nie… hmmm… może teraz- tym razem na mojej głowie pojawiła się burza niesfornych, acz dodających dużego uroku, loków- idealnie!- wykrzyknęła i spojrzała mi w oczy- i jak Joanne, podoba ci się?
Stanęłam przed lustrem i aż oniemiałam, wyglądałam pięknie… I tak… dorośle, dopiero teraz dotarło do mnie, że… biorę ślub.
- Jo.. wyglądasz cudownie- Salma stanęła obok mnie i mierzyła mnie wzrokiem.
Do pokoju ktoś zapukał, powoli wszedł ojciec Dawida.
- Jestem z was dumny… Jestem dumny z tego, że będę miał taką mądrą i wspaniałą synową, nieważne z jakiego rodu pochodzisz Joanne, ważne jaka jesteś, a jesteś… idealną partnerką dla mojego syna…-uśmiechnął się i przytulił mnie do siebie…
- Dziękuję panie Henderson- wykrztusiłam, starając się nie rozpłakać.
- No… kobiety przyspieszcie- odezwał się dziarsko- Dawid już oczekuje swojej ukochanej na dole, za chwilę ceremonia- rzekł śpiewnie i wyszedł z pokoju.
Stanęłam jeszcze raz przed lustrem i tępo wpatrywałam się w srebrna taflę. Salma podeszła do mnie i przytuliła się do mnie szepcząc „wszyscy jesteśmyzciebie dumni”, po czym odwróciła się i zostawiła mnie samą przed lustrem.
Więc… nadszedł ten czas… ten dzień, w którym wyjdę za Dawida. Tyle nas łączyło i dzieliło, tyle razem przeszliśmy… A teraz będziemy tworzyć podstawową jednostkę społeczna, w tak młodym wieku rzucamy się na głęboką wodę… Przecież ja mam dopiero 16, Dawid 17 lat, nawet nie jesteśmy na tyle dorośli by podejmować decyzje związane ze szkołą, a teraz się pobieramy… Nie mogłam w to uwierzyć. Chociaż z drugiej strony byłam najszczęśliwszą dziewczyna pod słońcem. Nie ma co rozmyślać trzeba wyjść i… zrobić to o czym marzyłam od kiedy uznałam Dawida za „mniejniżzawszeirytującego”.
Zeszłam po schodach do salonu, gdzie czekali na mnie już wszyscy: Państwo Henderson, Salma, Tom i David. Stanęłam obok ukochanego naprzeciwko pana Hendersona i powtarzałam za nim słowa przysięgi. Pani Henderson podarowała nam nawet obrączki należące do jej prababci. Po tej krótkiej ceremonii szybko pożegnaliśmy się ze wszystkimi i jeszcze za dnia teleportowaliśmy się do miejsca, które polecił nam pan Henderson.
skomentuj (1)
2007-11-09 15:35:50 >>
nowe czasy (7 część spoilery mogą się pojawić)
Witam ponownie, postanowiłam wrócić.. Ozywiscie notki nie będą tak częste jak kiedyś, ale przynajmniej raz w miesiącu postaram się coś wrzucić. Mam nadzieję, że od czasu do czasu zajrzycie do starej poczciwej Jo J.
To lecimy z tym koksem...
Od ostatniego roku wszystko się zmieniło... Wakacje były smutne i mroczne, gdyby nie fakt, że rodzice w ogóle na mnie uwagi nie zwracali i mogłam robić co chcę, praktycznie zanudziłabym się na śmierć słuchając ciągłych kłótni rodziców, czytając ciągle o śmierciożercach, o śmierci Dumbledore’a, odpowiadając co chwilę „nie” na pytania śmeirciożerców. Jednak w pewnym momencie spotkania śmierciożerców zaczęły odbywać się w naszym domu, wtedy, gdy Czarny Pan zaczął pojawiać się w miejscu, w którym mieszkałam, kiedy wiedziałam, że nie mam wyjścia, że nie mogę już dłużej przebywać tym miejscu, postanowiłam uciec z domu. Nie zamierzałam przyłączyć się do śmierciożerców, nie chciałam być świadkiem tych wszystkich knowań, nie chciałam być tego uczestnikiem. Draco zdecydował już wcześniej. I tak miał szczęście, że Czarny Pan się nad nim zlitował, ze nie potraktował go avadą, w momencie kiedy dowiedział się, że Draco stchórzył w decydującym momencie, że nie był w stanie zabić Dumbledore’a, uratował go właściwie Snape. Ogółem cała nasza rodzina należała do potępionych. Ojciec też spadł z piedestału pupilka Czarnego Pana, teraz jego guru traktowało go jak szczura, na dodatek odebrał mu jego różdżkę, ojciec był bezbronny. Ciocia Bellatrix, jak zwykle lizała tyłek Czarnemu Panu, na co on reagował z lekką irytacją. W końcu mama zdała sobie sprawę z tego, że jedyną szansą dla mnie jest ucieczka, wiedziała, że Czarnemu Panu nie zależy na posiadaniu kolejnego Malfoya w swoich szeregach, ale też nie zależy mu na tym bym była w pobliżu.
- Joanne...- usłyszałam cichy szept nad swoją głową. Spałam w swoim wielkim łóżku i zobaczyłam nagle moją mamę pochylającą się nade mną.
- mmm...- mruknęłam ziewając lekko.
- Córeczko... musisz uciekać...niedługo zjawi się tutaj.. Czarny Pan... nie możesz tu dłużej mieszkać- szepnęła mi do ucha mocno mnie przytulając.
Patrzyłam się tępo w ciemną sylwetkę nade mną. Była jakaś 2 nad ranem, a mama przychodzi do mnie, przytula mnie (!!!! Nigdy tego nie robiła... w taki sposób) i każe mi się wynosić. Nie żebym się tym przejęła, już wcześniej zdawałam sobie sprawę z sytuacji, wiedziałam, że kiedyś taki dzień nadjedzie, nie wiedziałam jednak, że tak szybko.
Szybko poderwałam się i wyskoczyłam z łóżka.
- co z Draco?- zapytałam cicho, łapiąc za różdżkę i pakując się za pomocą czarów.
- musi tu zostać... różnica między wami polega na tym, że Draco jest już śmierciożercą, zna co najmniej połowę planów Czarnego Pana, nie może uciekać z Tobą, gdyby to zrobił, rozpoczęłaby się nagonka na niego, a wtedy zginęlibyście razem- odpowiedziała bardzo cicho mama, mimo, że nic nie widziałam w mroku, wiedziałam, że płacze.
- to znaczy... że już go... was nie zobaczę- odwróciłam się w jej stronę.
Mama milczała, chyba w tym momencie zaczęła zdawać sobie sprawę z tego jaką krzywdę nam wyrządzili, przystępując do armii czarnego pana.
- Joanne... jak możesz... nie wracaj do Hogwartu... tam będzie zbyt niebezpiecznie... Snape przejmuje fotel dyrektora... – powiedziała po chwili milczenia.
- przecież i tak nie będą mnie chcieli zwerbować... – odpowiedziałam- nie wiem mamo... zdecyduję później- ogarnęłam wzrokiem wszystkie moje torby- no... to będę się zbierała...- spojrzałam na mamę, która nadal siedziała na moim łóżku. Nie wiedziałam co powiedzieć. Czułam się trochę jak zdrajca, trochę jak ostatni tchórz. Co miałam powiedzieć „trzymajcie się ciepło”?, „powodzenia”?...- do... zobaczenia- mruknęłam i wyszłam z pokoju...
Jedyne co mi przyszło do głowy to... Właściwie nic mi nie przyszło do głowy. Nie wiedziałam gdzie mam się podziać... Niby teraz w środku nocy, miałam zjawić się jakimś cudem w domu Davida? Jego dom znajdował się jakieś 300 mil od mojego. Niby jakim sposobem miałabym się w jednej chwili tam znaleźć. Sieć Fiu była kontrolowana, a ja wolałam nie próbować transportacji, ale chyba nie pozostawało mi nic innego...
- Joanne... Cóż Ty tu robisz?- mam Davida, Lilianne Husky-Henderson, siedziała w ogromnym salonie i popijała coś co wyglądało jak whisky. Zawsze wydawało mi się, że troszkę za dużo pije, ale nie znałam jej na tyle, żeby to oceniać.. poza tym to była matka Davida, nie mogłam złego słowa na nią powiedzieć... W końcu jak dobrze pójdzie to będzie moja przyszła teściowa.
- O... pani Lilianne... przepraszam, że tak bez zapowiedzi i w środku nocy... ale... eee- i co ja jej niby miałam powiedzieć, że musiałam uciekać z domu, by nie zostać śmierciozercą, lub żeby Czarny Pan mnie nie zamordował, bo weszłam mu w drogę?
- Oh, Joanne nie tłumacz się, wiem jakie mamy czasy, mogę się domyślać co i jak... Zaraz ci przygotuję jakiś pokój... nie będziemy budzić Davida, ostatnio mało śpi... Rano się przywitacie... no... to chodź ze mną, umieścimy Cie w twojej ulubionej sypialni- mama Davida należała do osób, którym z niczego nie trzeba się było tłumaczyć, bo ona miała na wszystko swoją teorię, poza tym mówiła z prędkością karabinu maszynowego, więc tylko uśmiechnęłam się i poczłapałam za nią.
- Pani Lilianne, dlaczego pani o tej porze nie spała?- spytałam wchodząc za nią po marmurowych schodach.
- Oh Joanne mamy cięzkie czasy, ciężko spać... poza tym czekałam na męża... wiesz Bernard ciężko pracuje w ministerstwie... chociaż coś czuję, że i ministerstwo jest już opanowane przez śmierciożerców. Podejrzewam, że niedługo sam zrezygnuje... Obawiam się, że kiedyś może nie wrócić, więc każdego wieczoru czekam na niego- odpowiedziała cicho, chociaż miała troszkę beztroski ton... Jak zawsze.
- rozumiem- szpenęłam i stanęłyśmy przed drzwiami sypialni, w której zawsze spałam...
- to dobranoc Joanne... zobaczymy się na śniadaniu, chyba, że będziesz spała, to służba przyniesie ci jedzenie do pokoju.- rzekła z uśmiechem i odwróciła się ode mnie.
- Dziękuję pani Lilianne- odpowiedziałam.
- Nie ma za co... dobrych snów Joanne- mruknęła i zeszła po schodach.
Weszłam do sypialni. Ogromnej sypialni, z ogromnym łożem i oknem, przez które świecił ogromny księżyc. Bez przebrania szybko rzuciłam się na łóżko i spojrzałam na staroświecki zegar na ścianie... Była godzina 3 nad ranem. Długo jeszcze nie mogłam zasnąc, wkońcu jednak udało mi się i pogrązyłam się w niebycie.
skomentuj (2)
2007-02-07 00:41:20 >>
i tu wielki kom bak :D
- David?
Stałam na dworze w smugach deszczu i czekałam az Dav skonczy trening... Chlopak poczatkowo nawet mnie nie zauwazyl, ale po chwili szturchnal go Potter i spojrzal na mnie...
- Jo?- zdziwił się blondyn- co ty tu robisz?
- chciałam porozmawiać...- odpowiedziałam cicho...
- wejdźmy do środka- powiedział o chwili wpatrywania sie we mnie iruszyl w strone drzwi ale ja sie nie ruszylam z miejsca.
- Dav... bo ja chcialam...- oczy naszly mi lzami- przeprosić... brakuje mi ciebie... a jak... jak widze ciebie z Clemens to... mam ochotę jej oczy wydrapać, a na ciebie sie rzucic i mocno poobijac... ja.... David...- tu juz sie rozbeczalam na dobre, chlopak podszedl do mnie i mocno mnie przytulil...
- Jo.. mi tez ciebie brakowalo- wyszeptal glaszczac mnie po glowie...
Weszlismy do sali wejsciowej cali mokrzy i ziebnieci, ale wkoncu za rękę i szczęśliwi, a ku ironii losu wlasnie nadchodzila Clemens... Juz z daleka jej radar przyuwazyl to, ze idziemy za rękę... Byla przy nas szybciej niz zdążyłam cokolwiek Davidowi powiedziec...
- Kotek- zapiszczala dziewczyna- cos sie stalo? jestes caly mokry i...- tu znacząco spojrzala na nasze ręce...
- kotek?- spojrzałam z uśmiechem na Davida, który miał poważną minę...
- Clemens- rozpocząl bardzo ale to bardzo poważnym tonem- nie nazywaj mnie tak... nie bylismy parą, nie jesteśmy i nie będziemy... tymczasem ja i MOJA DZIEWCZYNA idziemy sie wysuszyc- po czym wyminal zszokowana Clemens i pociagnal mnie za sobą...
Oczywiscie poslzismy do Pokoju życzeń, który był teraz przyjemnym cieplutkim miejscem z kominkiem wesoło buchającym ciepłem...
David podszedl do stolika a tam juz stalay duze kubki z gorącą czekladą...
Spojrzał na fotel a tam leżałydwa cieplutkie i grube szlafroki jeden czerwony drugi zielony a na podlodze staly cieple kapcie w tym samym kolorze...
- przebierz się- powiedział uśmiechając się...
szybk zrzucilam z siebie mokre ciuchy i narucilam szlafrok i kapcie a nogi, to samo zrobil David...
Usiedliśmy w fotelach z kubkami w ręku i tak sobie milczeliśmy... Mimo, że ta cisza była wręcz rzytłaczająca, byłam najszczęśliwszą dziewczyna na ziemi, że siedzę tutaj z Davdem w tej niezręcznej ciszy i że nie siedzi on z żadną Clemensoodobną istotą tylko ze mną, zeSWOJĄ DZIEWCZYNĄ :]
- zmęczona jestem- powiedziałam po chyba półgodzinnej ciszy...
- chcesz się położyć?- David spojrzal na mnie z troską...
Dziwne... Mialam wrażenie jakbysmy budowali wszystko od nowa, caly nasz dziwny związek byl przeszłościa, a my zaczynalismy od fundamentów...
- tak- mruknęlam i poczlapałam do wielkiego łoza przy kominku...
David spojrzał na mnie i juz sie przebieral w swoje sche ciuchy...
- a ty co robisz?- spytalam sie zdziwiona...
- no ide do swojego dormitorium-odpowiedzial zapinając guziki koszuli...
- Nie zostaniesz tu ze mną?
- a chcesz?
Spojrzałam się tylko na niego z politowaniem... nooo chyba wracały nasze stare układy :)
David usmiechnal sie i odpial szybko koszule i wskoczyl mi do lozka..
Przytulilam sie do niego... bylo tak... cudownie... i zasnelismy przytuleni do siebie.. jak dawniej :)...
- cholera jasna!!! Jo!!! wstawaj... mamy zajęcia!!!- David potrząsal mna jak bańką wstańką...
- mmmm.hghjgshjhafdysfh....jhds.jkasiwsk...-wymruczalam calkiem sensownym tonem...
- tak Jo, spoko dla ciebie wszystko, tylko wstawaj juz...- David posadzil mnie i zacząl ubierac w moj mundurek...
- mmmhjhdsj...jhsgsyuhjn...- odezwalam sie gdy wiazal mi krawat...
- tez cie kocham- usmiechnal sie i zalozyl mi buty...
Wstalam wiec... bylo zdecydowaie za wczesnie... probowaam sobie przypomniec co mialam pierwsze...
- Kotek ja lece bo mam eliksiry, spotkamy sie na obiedzie- David cmoknal mnie w policzek i wybiegl z pokoju zyczen...
Po chwilija tez juz bieglam na transmutacje... ehhh... Dzika Kloaka, zwana przez wszystkich McGonnagal znow bedzie sie rzucala...
Wslizgnelam sie do sali prawie niepostrzerzenie, ale nie przewidzialam, ze to babsko bedzie krazylo po klasie i tym oto pieknym sposobem wyladowalam u stop menopauzy na nozkach...
- hmm panna Malfoy... nie latwiej bylo wejsc i przeprosic za spóźnienie?- hmmm z pozycji podlogi ta wiedźma wyglądala na conajmniej na 700 lat...
- przepraszam- usmiechnelam sie sztucznie...
- siadaj, minus 10 punktów dla Slytherinu..- spojrzala jescze raz na mnie doslownie z gory i podeszla do swojego biurka...
- wariatka- mruknelam siadajac obok Salmy i Yuko...
Dziewczyny spojrzaly na mnie podejrzliwie... po czym Salma nie wytrzymala i wyszeptala prawie pelnym glosem, wcale a wcale nie zwracajac na siebie uwagi wszystkich dookola...
- Jooo.... czemu nie dotarlas do dormitorium przez cala noc?!
Spojrzalam na dziewczyny z usmiechem, a one przewiercaly mnie wzrokiem...
- hmmmm- odmruknelam tylko i otworzylam zeszyt przepisujac instrukcje z tablicy...
- Joooooooooooooooooooo.... nooooooo daleeeeeeeeee powiedz- Yuko zaczela dźgać mnie ołówkiem w bok...
Spojrzalam na nia i bezglosnie odpowiedzialam "jestem z Davidem" po czym usmiechnelam sie i wrocilam do pracy...
-No dalej opowiadaj!!!- Yuko, Salma i juz wtajemniczona Cassidy dopadly mnie od razu po transmtacji...
- ale co tu opowiadac... po prostu wrocilismy do siebie- usmiechnelam sie i oparlam o sciane...
- ot tak po prostu? a co z Clemens?- Cassidy spojrzala na mnie podjrzliwie
- Jaka Clemens?- wyszczerzylam zęby na co wszystkie odpowiedzialy zgodnym chórem "Yhyyyyyyyyyyyym" i tez sie usmiechnęly...
Na obiedzie oczywiscie nie siedzielismy z Davdem przy jednym stolikuale przez aly czas sie na siebie patrzylismy.
- Jooo... jedzonko- usmiechnela sie Cass, ale ja w ogole nie zwracalam na nia uwagi.. po chwili nic nawet nie jedzac wstalam od stolika i to samo zrobil david... Od razu w sali wejściowej cmoknelismy sie i poszlismy na dlugasny spacer po mokrych bloniach...
Sielankowe życie.. mmm..
skomentuj (4)
2005-10-31 22:17:14 >>
dziwne humory
- Za 5 minut będziemy na miejscu- usłyszałam głos nad sobą. Spojrzałam w górę to Cassidy zaczęła ściągać swoją walizkę i poszukiwać czarnego mundurka...
- Mhmmmm- mruknęłam z rozdrażnioną miną, po czym przytuliłam się spowrotem do mięciutkiego polaru opartego o zaparowaną szybę.
- Joanne... pospiesz się...- teraz Yuko zaczęła mną szturchać.
- Z łaski swojej przestań mnie szturchać, ok?- warknęłam podnosząc głowę.
- Przepraszam Joanne, że staram się dbać o to abyś nie wróciła do Londynu tym pociągiem- odpowiedziała ze wściekłą miną Yuko.
Nic nie odpowiedziałam tylko wstałam i sięgnęłam po walizkę.
Po chwili wszystkie stałyśmy ubrane w mundurki Hogwartu, właśnie wiązałam biało zielony krawat, kiedy drzwi od przedziału otworzyły się.
W drzwiach stał Tim.
- Cześć dziewczyny...- uśmiechnął się wchodząc do przedziału i pozdrawiając wszystkie machnięciem ręki...- Hej księżniczko- mruknął mi do ucha...
- Odwal się Frost!- wrzasnęłam tak, że jakieś pięć osób zajrzało do naszego przedziału, a sam Tim zrobił nieco zgorszoną minę.
- Co ci?- mruknął z lekko zdenerwowaną miną...
- Jakbyś nie zauważył... zajęta jestem!- syknęłam nawet na niego nie patrząc.
Tim spojrzał na mnie jak na kosmitkę po czym mruknął coś pod nosem co brzmiało jak „te twoje humory są wkurwiające” i wyszedł z przedziału.
Żadna z dziewczyn nic nie powiedziała, ale widziałam, że wcale nie podoba im się mój zrzędliwy humor. Szczerze miałam to gdzieś, bardziej interesowało mnie to co powiedział mi Draco... a właściwie to czego mi nie powiedział...
Pociąg powoli zaczął zwalniać więc na korytarzu zrobiło się jeszcze głośniej co wpływało znacznie na wzrastający poziom mojej irytacji.
Usiadłam ubrana już w mundurek i wpatrywałam się w wiejskie tereny, przedmieścia Hogsmeade. Pociąg zatrzymał się.
- Dziewczyny nie jarajmy się niech przejdą dzieciaki- mruknęłam jak Salma, Yuko i Cass wstały by wyjść...
- Że co? Chcesz ustępować miejsca gówniarzom?- zdziwiła się Salma patrząc na mnie podejrzliwie...
- Nie...- odpowiedziałam szybko- po prostu nie chce mi się walczyć z „gówniarzami” i ocierać się o ich ciała brudząc mój mundurek... Mam ochotę wyjść z pociągu cała, nie pognieciona i nie śmierdząca czyimś potem...
Chyba ta ostatnia uwaga trafiła do dziewczyn bo też usiadły na swoich miejscach... Rzeczywiście dzieciaki pchały się do wyjścia jak głupie, słychać było trzaski, wrzaski i przepychanki... Salmę jednak irytowały te hałasy więc wstała wychyliła się z przedziału i nawrzeszczała na dwóch krukonów z drugiej klasy.
Wkońcu po jakiś 5 minutach korytarz był pusty, więc wzięłyśmy swoje płaszcze i wyszłyśmy z przedziału. Szłam na końcu przez korytarz i myślałam o Davidzie... W sumie mogłam go znaleźć i pogadać bo kto wie czego mógł chcieć. Właśnie mijałam ostatni przedział i mignęła mi w przerwie między kotarami twarz Dracona. Zatrzymałam się i spojrzałam przez szparkę. Cassidy odwróciła się i spojrzała na mnie wyczekująco... Położyłam tylko palec na ustach żeby nic nie mówiła i pokazałam jej na migi, że zaraz dojdę. Cass zrobiła zniecierpliwioną minę, ale zrobiła tak jak ją prosiłam.
Jeszcze raz nachyliłam się i spojrzałam w szparkę. Rzeczywiście stał tam Draco... Niestety drzwi były zamknięte ale coś mówił do kogoś leżącego na podłodze... Wygięłam trochę głowę i ujrzałam nie kogo innego jak całego zakrwawionego Pottera, który zdawał się być sparaliżowany...
Draco na sekundę odwrócił głowę i jego oko spotkało się z moim... Uśmiechnął się szyderczo po czym narzucił coś na Pottera, co sprawiło, że zniknął, odwrócił się i wyszedł.
- Joanne... nieładnie tak podglądać- mruknął z uśmiechem jak wychodziliśmy z pociągu...
- Co ty mu zrobiłeś?- warknęłam
- Widzisz siostrzyczko... Potter za dużo węszył... Tak samo jak ty... i widzisz jak skończył- rzekł mój brat śmiejąc się...
- Pieprz się- syknęłam i przyspieszyłam kroku dorównując do Yuko, Salmy i Cass...
- Słońce idziesz ze mną?- Draco złapał Cass za rękę, a ona uśmiechnęła się i wypruła do przodu z moim bratem zostawiając nas trzy na samym końcu kolejki do powozów.
Weszłyśmy do ostatniego powozu... Po raz pierwszy było nas tak mało w jednym powozie... Ale miało to swoje zalety bo było sporo miejsca a karoce były niezwykle luksusowymi miejscami.
- Joanne... Można wiedzieć co jest powodem twoich fochów?- zaryzykowała Yuko po paru minutach cicszy...
Spojrzałam na nią i poprawiłam kosmyk włosów, który wpadł mi na oczy.
- Wkurzają mnie po prostu ciągłe tajemnice... A już zwłaszcza te, które ma mój brat... Właśnie znokautował Pottera i bliznowaty najprawdopodobniej jest w drodze do Londynu...- odpowiedziałam jakby to było coś normalnego...
- Co?!- odezwały, a właściwie krzyknęły razem Salma i Yuko...
- No leży pod peleryną niewidką, jest znokautowany, i sparaliżowany... raczej nikt go wcześniej niż w Londynie nie zauważy- mruknęłam znudzonym głosem.
Yuko i Salma wpatrywały się we mnie jakbym postradała zmysły... Na szczęście nie trwało to długo bo powozy zatrzymały się.
Przy bramie stał Filch i wszystkich sprawdzał czy nie mają żadnych złowróżebnych gadżetów.
Podszedł do mnie z parszywym uśmiechem...
- No panienka Malfoy... ty to na pewno coś przemycasz- po czym jechał od góry do dołu tym swoim wykrywaczem.
- Od kiedy to jesteśmy na Ty?- warknęłam gdy sprawdzał wykrywaczem czy nie mam niczego w tyłku...
Filch nic nie odpowiedział tylko uśmiechnął się jak dziadyga i puścił mnie dalej...
- Czasem mam wrażenie, że mu kobiety brak- śmiała się Yuko i potrącała mnie łokciem w żebra...
- Chyba nie sugerujesz, że ja miałabym być jego wybranką- odrzekłam z obrzydzeniem, a Salma i Yuko tylko rechotały.- obrzydziłyście mi dzieciństwo- zaczęłam się śmiać razem z nimi.
Weszłyśmy do Wielkiej sali gdzie oczywiście jak zwykle stały już pełne żarcia stoliki a ogólnie panowała wszędobylska wrzawa...
Przy stole Ślizgonów siedziała już Cass i machała nam na znak, że zajęła nam miejsca...
Usiadłam obok Cassidy i poprawiłam parę kosmyków włosów.
- żebyście widzieli...- doszedł do mnie głos Dracona- Potter... na ziemi... leży... krew... i patrzy się na mnie jak zbity szczeniak... Jaka szkoda, że aparatu nie miałem- i cały funclub Malfoya i znakomita większość ślizgonów zaczęła wyć i udawać krwotok z nosa...
Osobiście nie przepadałam za Potterem więc też wykrzywiłam usta w uśmiechu, bo całkiem fajny był widok sparaliżowanego Pottera.
- ciekawe czy nadal leży pod tą swoją pelerynką i myśli jaki ten świat jest niesprawiedliwy- zachichotała Parkinson, a Draco zrobił zadowoloną minę...
- Cóż szansa na to, że Potter nie wróci jest co najmniej mała, ale sam fakt, że Potter okazał się być taki bezsilny...- zaczął śmiać się Draco a reszta mu zawtórowała.
Rozejrzałam się po całej sali. Wielu uczniów ubyło... Z Gryffindoru i ze Slytherinu najmniej, za to z Ravenclawu brakowało mi paru znajomych, z Huffelpuffu nie znałam nikogo dobrze ale też widziałam sporo ubytków. Moje oczy spotkały się z oczami Davida przy stole Gryfonów. Nie wiem ile się w siebie wpatrywaliśmy aczkolwiek odnosiłam wrażenie, że jest mu smutno i naprawdę chce ze mną pogadać.
- Patrzcie Potter wrócił- odezwała się głośno Cass wpatrując się w drzwi wejściowe...
Oderwałam wzrok od Davida i spojrzałam, jak większość, w stronę wskazywaną przez Cass... Rzeczywiście Harry wchodził szybkim krokiem do sali a za nim podążał Snape z tryumfalnym uśmiechem na twarzy. Jak Draco mówił, cała twarz była w plamach od krwi...
Momentalnie mój brat i parę osób zaczęło udawać krwotok z nosa... Zatoczyłam tylko koło oczami i nalałam sobie soku dyniowego do pucharku. Parę minut później Dumbeldore zaczął przemawiać. Jak zwykle przy naszym stole była najmniejsza cisza ale przy słowach, że eliksirów będzie nas uczył nowy profesor Slughorn wszyscy zamilkli...
- Natomiast posadę profesora Obrony Przed Czarną Magią otrzymał profesor Snape...- rzekł dyrektor uciszając się na chwilę bo na sali zapanował chaos... W sumie osobiście mi to nie przeszkadzało, jako, że i tak miałam i ten i ten przedmiot a o Slughornie słyszałam od rodziców, bo uczył ich jak byli uczniami Hogwartu.
- Super... Podliże się trochę temu Slughornowi i będzie już dwoje nauczycieli, których jestem pupilem- zamruczał Draco popijając sok.
- Draco, kretynie... nie wiem czy wiesz ale Slughorn nie należy do osób co to mają swoich pupilków za byle uśmiech i lizanie dupy- mruknęłam- on lubi takich co mogą mu się w przyszłości przydać.
- Myślisz, że ja Draco Malfoy, nie przydałbym się takiemu człowiekowi?- rzekł niemal niedowierzającym tonem...
- Tak- odpowiedziałam krótko...
Niedługo po tym kolacja się skończyła... Ociągałam się z wyjściem z Sali... Chciałam spotkać przy wyjściu Davida i chyba on to zauważył bo też ciągnął się w szarym końcu.
Kiedy już miałam 2 metry do Davida zaczepiła go Clemens. Myślałam, że jej te rudoblond włosy powyrywam.
- Daaaaaaavid!!!!!- krzyknęła rzucając mu się na ramiona
- Clemens pogadamy jutro zmęczony jestem- mruknął odsuwając ją od siebie.
Dziewczyna zrobiła najpierw wściekłą minę, po czym zarzuciła długimi włosami do tyłu cmoknęła go w policzek i pobiegła do grupki swoich przygłupawych przyjaciółek.
- Cześć Jo...- powiedział David zbliżając się do mnie...
- hej- mruknęłam patrząc się na swoje buty i przechodząc przez drzwi wielkiej sali...
- Słuchaj chciałem pogadać... o...znaczy się... bo...- jąkał się...
Zrobiło mi się ciężko na żołądku... Kiedyś rozmawiałam tak z Johnem i wcale nie chodziło mu o tryumfalny powrót do mnie tylko o toczy nie mam nic przeciwko temu aby on (John) był z Amy... Więc szybko mu przerwałam...
- David... Chyba jestem zbyt zmęczona jak na tę rozmowę... Możemy pogadać kiedy indziej?- spojrzałam na niego z lekkim uśmiechem...
- Taaak... Jasne... Hmm... no to do jutra- mruknął po czym odwrócił się i pobiegł w stronę schodów.
Ja tez odwróciłam się i poszłam korytarzem w dół w stronę schodów do lochów. Ale ze mnie kretynka... Chciałam z nim pogadać a jak przyszło co do czego to go spławiłam... Miałabym tą przeklętą rozmowę za sobą a tak nie będę mogła zasnąć.
Doszłam do kamiennych schodów a u ich stóp tuż przy kamiennych drzwiach tajemnym przejściu do pokoju wspólnego ślizgonów stała moja kuzynka Ali i macała się nawzajem ze swoim boyfriendem Deanem.
- O cześć Jo!- uśmiechnęła się Ali odrywając usta od Deana, który kiwnął mi tylko głową i już chciał wracać do całowania swojej dziewczyny ale Ali położyła mu rękę na twarz i odepchnęła go. Dean zrobił zeźloną minę ale wyminął Ali i mruknął „limfa” a kamienne drzwi otworzyły się.
- Hej Ali- uśmiechnęłam się schodząc po schodach- i co tam?
- A nic... widziałaś jak ładnie ci drugoklasiści wyrośli?- Ali należała do dziewczyn, które nie zwracały uwagi na wiek, byleby tylko jej partner był ładny i miał...hmmm... to coś... czym różni się od dziewczynek... Słowem była nimfomanką... J
- Ehh...Ali... Oni mają po 13lat a Ty masz 15... Tak jakby... wiesz... a zresztą nieważne- uśmiechnęłam się...
- Sluchaj... Widziałam tego twojego Davida... Tima zresztą też... Do mnie się przyczepiasz a sama na dwa fronty z największymi przystojniakami w Hogwarcie... No prawie największymi- dodała jakby w zadumie...
- po pierwsze... David nie jest mój, co najwyżej mój były... znaczy formalnie nie zerwaliśmy ale on się z tą Clemens zadaje- rzekłam
- Głupia zdzira- skwitowała Ali...
- A po drugie Tim, też mój nie jest bo... ehh nieważne- mruknęłam przy okazji mówiąc „limfa” do kamiennych drzwi które natychmiast się otworzyły.
- Joanne, a ten cały John... on chyba zerwał z Amy...- powiedziała Ali wchodząc za mną i kręcą tyłeczkiem obok chłopaków z siódmego roku.
- A co mnie on obchodzi?- warknęłam przemierzając wspólny pokój.
- Ciebie może nie... ale ogólnie fajne ciacho... a ponieważ nie jest twój
to mogę go dodać na moją listę CDZ?- uśmiechnęła się moja kuzynka...
- CDZ?- odwróciłam się z niemalowanym szokiem na twarzy...
- No... Chłopców Do Zaliczenia- odpowiedziała jakby to był najprostszy do rozszyfrowania skrót... Chociaż w sumie znając Ali, on był łatwy do rozszyfrowania J.
- Rób co chcesz- syknęłam odwracając się w kierunku schodów i wbiegając do góry, Ali natomiast rozsiadła się między siódmoklasistami i jeszcze przy drzwiach od mojego dormitorium słyszałam jej donośny śmiech i coś w stylu słów „Ojej moja pierś!”, zignorowałam to jednak i otworzyłam drzwi od dormitorium.
- Gdzie byłaś?- Cass podniosła głowę znad swojej walizki.
- David chciał pogadać, ale ja nie miałam ochoty- wzruszyłam ramionami i usiadłam na swoim łóżku- i trochę z Ali pogadałam.
- Niezłe z niej ziółko- rzekła Salma ukladając swoje króciutkie włosy w pazurki- chodzi z Deanem, a już przed kolacją widziałam jak kręci z Markiem i Frankiem z Ravenclawu...
- W sumie jej sprawa- rzekłam- mnie się pytała czy może się zacząć obracać wokół Johna bo zerwał z Amy... ehh... ale tego kretyna mam w dupie więc... niech robi co chce
Podeszłam do swojej szafy i zaklęciem wypakowałam w nią moją walizkę. Rzuciłam też zaklęcie na włosy żeby posplatały się w paredziesiąt cieniutkich jasnoblond warkoczyków. Ubrałam szybko się w piżamkę i wskoczyłam do łóżka, które było przyjemnie miękkie i cieplutkie... A tego momentu pragnęłam najbardziej.
skomentuj (24)
2005-10-16 22:24:50 >>
Nowy rok szkolny
Troszkę zmieniam bloga... znaczy się trość... Zostatniej notki wazne jest tylko to, ze zaczelam krecic z Timem, jestem pomponiara, Clemens ma sie ku davidovi i tyle... Zmiany spowodowane moja nowa wiedzą a propos nowego tomu HP... jak ktoś chce pozostawic sobie przyjemność wszytskich tajemnic z nowegotomu niech nie czyta bo moge troszke zaspoilerować, ale nie chce tworzyć historii odbiegajacej od tej z najnowszego tomu...
Jechałam razm z Yuko, Cassidy, Salmą w jednym przedziale do Hogwartu... W sumie dziewczyny całyczas o czymś rozmawiały, ale ja nie uczestniczyłam w ich pogaduszkach na temat świetnych wakacji... Oczywiście spędziłam je z dziewczynami, ale nie było całej ekipy... znaczy Draco nie pojechał z nieiwadomych mi powodów, David, bo ta glupia Clemens zawrociła mu w glowie, a cala reszta mnie nie obchodziła, aczkolwiek był Tim i paru znajomych plci przeciwnej, co nie spodobało się Draconowi, ale Cassidy udowodnila jak duza miloscia go darzy bo nie odpowiadała na zaloty ani jednego z trzech chłopaków, którzy z nami pojechali...
Nie uczestniczyłam w rozmowie bo myślałam właśnie o Draconie ostatnimi zcasy był z siebie dumny cholernie, a mama natomiast panicznie się o niego bała... z byle powodu wybuchała płaczem, każde jego skaleczenie traktowala jak smiertelna ranę, natomiast na mnie praktycznie nie zwracała uwagi az do moment kiedy się ze mną żegnała na peronie, kiedy to przytuliła mnie mocno i szepnęła do ucha "błagam Joanne, córeczko dbaj o brata, pilnuj żebyscie oboje wrócili do domu cali i zdrowi". Nie miałam bladego pojęcia co mogło się dziać, ale wiedziałam, że ten rok szkolny będzie obfitował w niekoniecznie pozytywne przygody...
- Joanne?- usłyszałam nad sobą głos Cassidy i oderwałam wzrok od zaparowanego okna...- wszystko ok?
- Taaak-odpowiedziałam wolno podnosząc oczy ku niej- a co?
- Nie nic, praktycznie w ogole się nie odzywasz od początku wyjazdu- mruknęła zatapiając rękę w opakowaniu fasolek wszytskich smaków...
- Bo nei widzę sensu powtarzania wszytskich "szalonych" przygod z wakacji- mruknęłam ironicznie.
Zanim Cassidy zdązyla zrobic obrażoną minę drzwi od przedziału otworzyły się i pojawił się nie kto inny jak mój brat...
- Witam szanowne panie- rzekł wślizgując się do środka.
Wszystkie odpowiedziałymu "cześć" a Cass rzuciła się w jego ramiona...
- Dracoooooooooooooooooo!- zawodziła- jak ja Ciebie dawno nie widziałam! Kochanie!
Draco uśmiechnął się jak macho po czym usiadł a na jego kolanach usiadła Cassidy i przytuliła się do niego... Przez jakiś czas nie odrywali się od siebie wydając ze swoich połączonych ust neico paskudne dźwieki ale znow sie szybko wylączylam wracając do spoglądania na zamglone krajobrazy Anglii.
- siostra a Ty co tak myślisz?- usłyszałam po chwili głos Dracona...
- Ty masz swoje sprawy a ja swoje, dobrze?- warknęłam bo wiedziałam, że Draco doskonale zdaje sobie sprawe z tego, że irytuje mnie fakt jego zadowolenia... Na dodatek Klub Wzajemnej adoracji, skaldajacych sie z fanow mojego brata i jego slugosowwiedzieli to czego ja nie wiedzialam...
- Moze chcesz o tym porozmaiwać?- mruknął z szyderczym usmiechem...
- Ty mnei masz za kretynke?!- warknęłam wściekle- znów mnie zbędziesz tekstem typu "jesteś za mloda Jo, to Ciebie nie dotyczy" po czym usmiechniesz sie wyniosle i pójdziesz do swojego przedziału...
Salma, Cass i Yuko wpatrywały sie to we mnie to w Dracona nie majac pojecia o czym mowa...
- Moze nie jestes za mloda, ale sa to naprawde wazne sprawy na dodatek... hmmm... dosyc poufne a Ty sie zadajesz z takimi osobnikami, które... hmm... no nie moge ci tego wyjawić... wam też słodziutkie- rzekl szybko widzac owteirajace sie usta Cassidy jakby chciala zapytac "ale mi później powiesz?"... Po czym wstał i pocałował jescze Cass i wyszedł... Ja jednak po takich slowach nie chcialam zeby mnie zostawial... Wsatalam wiec i szybko za nim wyszlam.
- Draco!!- warknęłam zamykając za sobą drzwi przedzialu.
Brat odwrocil sie i spojrzal na mnie z podnieisonymi brwiami.
- Co siostra?- zapytal niewinnie ale kaciki jego ust uniosly sie leciutko...
- Ty chyba nie myślisz, że pozwolę Ci tak niby coś powiedzieć a tak naprawde obejść mi sie tylko smakiem?!- mruknęłam podchodząc do niego i wpychając go do pierwszego lepszego wolnego przedzialu.
- więc?!- syknęłam ponaglająco...
- więc?- mój brat spojrzał na mnie z lekkim rozbawieniem...
- Draco nie wkurzaj mnie! Powiedz o co chodzi!- mruknęłam ponaglająco...
- Joanne, nie mogę Ci pwoiedzieć... to zbyt poważne....
- jasne! To tej Parkinosn, tym kretynom Crabbe'owi i Goyle'owi powiesz tym innym kretynom co to im ślina na Twoj widok splywa powiesz, ale rodzonej siostrze nie?! Świetnie!- warknęłam gestykulując przy tym nawet za bardzo energicznie...
- Joanne, nie mogę ci pwoiedziec szczegolow, ale powiem ci tylko tyle, ze pewne obowiazki naszego ojca przeszly na mnie- rzekł powoli patrzac sie na swoje paznokcie...
- to znaczy?- oparlam sie o dzrwi przedzialu...
- Joanne, nie mogę Ci powiedzieć! I tak juz wiesz za dużo!- syknął cicho...
- Mam rozumieć ze zajmujesz sie brudnymi interesami ojca... czarny pan dal Ci jakies misje?!- syknelam jeszce ciszej.
- Być może, a teraz mnie przepuść- mruknał odsuwajac mnie na bok...
- Wiesz jaki z ciebie hipokryta?!- warknęłam głośniej jak otwieral drzwi, a pare osob z korytarza spojrzalo sie w nasza strone.
Draco nic nie odpowiedziałtylko poszedł w strone swojego przedziału...
Wrocilam do dziewczyn i usiadlam z wielka mocą na siedzeniu.
dziewczyny wiedzialy, ze i tak nic im nie pwoeim wiec nie pytaly...Akle wpatrywaly sie we mnie z napieciem, po chwili Yuko odezwala sie...
- Tim Ciebie szukał...
Odsapnelam lekko i mruknelam
- nie mam ochoty z nim gadac...
- Byl tez David...- szpenela salma...
Serce mi na chwile stanęlo... Czego tu szukal?
- Pewnie zgubil gdzies Clemens- mruknelam smutno...
- Nie za bardzo... Chcial z toba powaznie porozmawiac...- Cassidy usmiechnela sie lekko...
- ta jasne... pewnie odkryl, ze Clemens bardziej do niego pasuje...- warknelam... i już zadna sie nie odezwala...
Jednak po chwili w drzwiach stanął oczywiście David...
- Joanne? Mogę Cie na chwilke poprosić?- mruknal z mina bitego sczeniaka...
- Henderson nie widzisz, ze nie mam ochoty z Toba rozmawiać?!- warknelam wsciekle...
- Jestes przed miesiaczka?- zapytal ale szybko zamknal za soba drzwi bo uchronilo go to prze moim butem ladujacym na jego czole....
skomentuj (6)
2005-08-22 17:29:48 >>
Tim Frost
-SL Y T H E R I N!!! Slyyyyyyytherin!!!- Kate i jej psiapsióły podskakiwały jak kretynki a ja tylko wpatrywałam się w nie z podniesionymi wysoko brwiami...
I ta głupia pisoenka
"jesteśmy najlepsi, jesteśmy the best
naszym przeznaczeniem zwycięstwo jest
każdy gol, to dla nas duma
lepszych od nas nigdzie nie ma
Duma, Przyjaźń, Miłość, Honor
reszta myśli, że to horror
My kochamy naszych graczy
Bo Slytherin to zwycięstwo znaczy!!!"
- Kate nie wyaje mi się, żebym była najlepsza w roli chearliderki...- zaczęłam powoli starając się na opanowany i dosyć miły ton...
Dziewczyna spojrzała na mnie z wyrzutem...
- Ale Jo... My już dla Ciebie nawet mundurek i pompony z inicjałami załatwiłyśmy- rzekła, a głos miała jakby zaraz miała wybuchnąć gromkim płaczem...
Spojrzałam za Kate a tam do treningu szykowała się drużyna gryffonów. Kate również to zauważyła a na jej twarzy pojawił się grymas...
Od razu podbiegła do Pottera i zaczęła na niego wrzeszczeć, ze teraz jestgodzina cheerliderek i ze ma sie stąd zmywać...
- Pomponami pomachać możecie sobie na błoniach!- krzyczał Potter starającsię jakimś cudem przekrzyczeć Kate, ale nie wychodzilo mu to zbyt dobrze...
- Myślisz, że nasza rola sprowadza się tylko do machania pomponami? O nie mój drogi! Takiego obrazania nie bedę znosiła!!!- wrzasnęła rozwścieczona Kate...
ja siedziałam na ławeczce i zastanawiałam się jak to mozliwe, ze w jednej chwili dziewczyna ta jest milustka jak baranek a w drugiej straszliwy killer...
Spojrzałam na Davida, który również się wptrywał we mnie z niemalowanym smutkiem...
Mieliśmy coś jakby przewę w związku... Byłam znudzona tą monotonią, i ogólnie sytuacja w domu dobijała mnie wystarczająco, więc postanowiliśmy na jakiś czas ię rozstać.
Nie powiem w stroju do quidittcha wyglądał nadzwyczaj sexownie...
- Joanne...- usłyszałam po chwili oboksiebie głos Kate...- doszliśmy z bliznowatym do jakiegoś konsensusu i doszliśmy do wniosku, ze my ćwiczymy na ziemii oni w powietrzu wiec mozemy razem ćwiczyć... a jak tłuczek uderzy którąś z nas to ma chłopak prze... zreszta sama wiesz... To jak sprobujesz?
W sumie układ umiałam, tą glupią przyśpiewkę również, a zawsze to jakieś rozwinięcie dla ciała i codzienne treningi, przynajmniej bede w formie...
- ok... ale wiesz, nie zawsze bede wystepowala...- mruknelam bez entuzjazmu...
- Super!!- zapiszczała Kate i zaraz zakleciem przywolujacym przyciagnela do siebiemoj mundurek...
Poszlam do przebieralni i spojrzalam w lustro... Musialam sama przyznac, ze wygladam calkiem pociagajaco. Krotka spodniczka plisowana w srebrno zielone paski, oraz biele kolanowki z zielonymi zakonczeniami, bluzka zielona, obcisła i sięgająca do końca żeber, z biało srebrną kokardką na środku, a wstążki od niej olatały talie w dosyc kuszacy sposob. Pompony duze z srebrno zielonymi wiciami... Na wlosy rzucilam zaklecie i splotlu sie w dwa slodkie warkoczyki zakonczone zielonymi kokardkami i opadające na ramiona...
Wyszłam powoli na boisko a dziewczyny przywitaly mnei hukiem oklaskow...
- Widzisz Jo... Patrz na miny wszystkich gryffonów... ślinią się na Twój widok... Zobaczysz...ta rola całkowicie zmieni Twoją pozycje... I tak już jesteś popularna...tearz bedziesz bożyszczem- Kate podbiegła do mnie z radosnym usmiechem...
rzeczywiście gdy wchodzilam na boisko wszyscy chlopacy z druzyny spojrzeli w moja strone, tylko David grał dalej niewzruszony... Troche mnie to zdołowało ale po chwili gdyćwiczylyśmi dosyc trudny układ wylecialo mi to z głowy...
- hmmm... Helen, nie możesz być cheerliderką proadzącą ten układ- rzekła w przerwie Kate... Miała poważną minę a Helen od razu zalzawiły się oczy...- nie chodzi o to, że jesteś zła czy coś... Chodzi bardziej o twoja wage... Oczywiscie nie twierdze, ze jestes gruba, ale troche to wygląda ociezale jak dziewczyny przez ulamek sekundy maja grymas na twarzy podrzucając Cie... dlatego bedziesz liderka w innym układzie, ok?
Helen spojrzała z wyrzutem na Kate ale po chwili kiwnela glową...
- to kto bedzie prowadzil ten uklad?- zapytala Tesmena.
- Hmmm... myślałam nad Tobą Tess, ale Ty masz problemy z kolanem a do podwojnego piruetu z lądowaniem na prostych kolanach to bedzie dosyc trudne... Dlatego proponuje Jo- i spojrzala na mnie wyczekująco...
- Co?! Nie ja? Przeciez ja dzis dolączylam! Nie chce i nie mogę! Nie potrafie! Moge byc podrzucana ale nie prowadzaca!!!- od razu zaczelam jeczec, a Kate znow spojrzala na mnie jak zbity szczeniak...- Nie Kate, naprawde!
Dziewczyna podniosła lewą brew i po chwili usmeichnela sie...
- hmmmm... coz... spoko, to w takim razie bedziesz wyrzucana w gore i zrobisz jeden piruet z ladowaniem na koszyk... to nie wymaga jakis specjalnych zdolnosci... natomiast liderką bedzie... Clemens?- spohrzała na ładną dziewczynę o włosach w kolorze rdzawego blondu...
- Jasne- usmeichnęła się Clemens i powróciła do piłowania paznokci...
- Dobrato cwiczymy dalej...
- Auuu... ssss.... kurcze!!! Pieprzona Tess i Helen!- warczałam w dormitorium, aż dziewczyny spojrzały na mnie z lekkim przerażeniem w oczach...
- Co się stało?- zapytała ostrożnie Yuko...
- A co sie kurna miało stać?- warknęlam- glupie wiesniary nie zlapaly mnie w odpowiednim momencie i spadlam z wysokosci trzech metrow na tylek...
- uuu- mruknely wszystkie a ja rozmasowywalam sobie sporego sinca na pupie...
- i jescze ten pieprzony David- jeknelam po chwili, a dziewczyny znow na mnie spojrzaly z niepewnością- nawet cześć mi nie powiedział... Tylko zarywał tą rudą pindę Clemens...
- no ale przeciez nie jesteście razem- rzekla powoli Salma a ja poslalam jej wzrok, ktory zabija...
- Co nie zmienia faktu, ze zachowuje sie jak pieprzony bachor podrywajac moje kolezanki z druzyny centralnie na moich oczach!- syknęłam wściekle...
- a ta cała Clemens?- zapytała się cicho Cass...
- "OchDavid jakiś Ty zdolny... hahaha... jaki Ty smieszny... az trudno uwierzyć, że nie masz dziewczyny"- zaczelam nasladować irytujacy glos Clemens...
- i??- wszystkie trzy spojrzały na mnie wyczekująco...
- to David- zaczelam- spojrzal na mnie irzekl... "no trudno uwierzyć... bo wiesz, niektore mnie nie doeceniaja"... to ta ruda miągwa zaraz "ojejciu jej jak to? Przeciez jestes taki fajny" i te jej lapska na moim torsie! Znaczy jego torsie!- i w tym momencie zachcialo mi sie plakac...
- Jo... wszytsko ok?- szpenela Cass siadajac na moim lożku...
Spojrzalam na nia a w oczach pojawily mi sie świeczki...
- Tak... przeciez sama wybralam... ehh... ide sie przejść...
Wstalam i wyszlam z dormitorium... Gdy schodzilam po schodach jednak stwerdzilam, ze moge zgarac ta sama taktyka... A mundurek cheerliderki potrafil zdzialac cuda... zwlaszcza ze nadal go na sobie mialam...
Na schodach rzucilam jeszcze zaklecie na wlosy by sie rozplotly i pozwijaly sie w delikatne loczki i opadaly zgrabnie na plecki, natomiast zamiast kokardek zalozylam zieloną przepaske dolaczona do zestwau cheerliderki..
Zeszlam po schodachi szybkim krokiem przeszlam przez pokoj wspolny... Nastepnie wyszlam na hall szkoły... tutaj kręcilo sie sporo fajnych chlopakow... Niemalze wszyscy patrzyli na mnie a gdy usmeichnelam sie do ktoregos odwzajemnil go.. To byl dobry haczyk... Nawet sobie nie zdawalam sprawy jakim magnesem na facetow jest mundurek cheerliderki... Wkoncu przestalam zalowac tego, ze dolaczylam do zespolu...
Wlasnie szlam korytarzem niedalek biblioteki jak zobaczylamw drugim koncu tego przystojniaka z 7 klasy, .slizgona.. Bożyszcze calej szkoly... wysoki, opalony, ciemne wlosy, ciemne oczy... Cud miód... Większość lasek sięna niego jarało... Tim Frost... Super chlopak... nigdy z nim nie rozmawialam, bo zawsze byl czyms zajety, teraz szedl najprawdopodobniej z biblioteki, bo w rekutrzymal 2 ksiazki...
Zblizal sie do mnie, a ja nie patrzylam mu w ioczy... mialm nieco inna taktyke... Gdy znalazł się dosyć blisko, udałam ze sie przewracam i upadam napodloge z glosnym hukiem, odglosy bólu byly calkiem uzasadnione, bo upadłam akurat na tylek na ktorym byl soczysty siniak z dzisiejszego treningu.
Tim, zlapał haczyk... Od razu podbiegł do mnie i ukucnął. Podniosłam glowe i spojrzalam prosto w jego uczy z malym grymasem na twarzy...
- Nic ci nie jest?- zapytal troskliwym glosem...
-mmm.. nie nic... znaczy upadlam na stara kontuzje w kostce... i troch boli... ale chyba przezyje- mruknelam zbolałym tonem...
Chlopak pomógł mi wstać i stanął obok mnie...
- Dziekuje- mruknelam- a tak przy okazji... Joanne jestem- i wyciagnelam reke w gescie poznania...
- och... Tim- uścisnął mi dłoń...
- Więc... Tim... Juz sie do ewuteemów przygotowujesz?- usmeichnelam sie wskazujac na ksiazki w jego dloni...
- Co? a...- spojrzal na swoje dlonie- hehe... no trochę jakby... tak powoli trzeba- rowniez sie usmiechnąl...
jeden zero dla naszych :).
Później poszlo jak z płatka...
- Joanne!- szłam właśnie z kolejnego treningu cheerliderek, a wszystkie pozycje coraz lepiej mi wychodzily, co mimo wszystko sprawialo, ze od razuczulam sie lepiej...
Odwróciłam się powoli, a za mną biegła Clemens, na samym końcu korytarzaczekał na nią David...
- Słucham- zapytałam dosyć ozięble...
- Zapomniałaś swoich kokardek- powiedziala dziewczyna lekko dyszac i dajac mi dwie kokardki...
-dzieki- mruknelam, juz dziewczyna miala sie odwracac kiedy zlapalam ja za łokieć- Clemens... pytanie... czy ty chodzisz z Davidem?- czemu nie użarłam się w ten glupi jezor??!!! Cholera jasna głupia sarkula pomysli sobie niewiadomo co!
Clemens spojrzała na mnie z podniesionymi brwiami, po czym uśmiechnęła się i rzekla...
- Chcialabym... narazie Jo- i pobiegla do mojego eks...
I co on w niej widzi? Owszem ma ledne cialo, i wlosy lsniace,o niepowtarzalnym kolorze... ale mimo wszystko ona jest glupia fladra!!!
Czulam jak para bucha mi z nosa i juz mialam isc w ich strone i stzrelic z impetem Davida w twarz, ale powstrzymalam sie, jako, ze mi nie przystoi znizac sie do jego poziomu intelektualnego...
Szlam robiac duze kroki i taranujac kazdego po drodze... Glupi... glupi... glupi... glupi... glupi...glupi....glupi!!!
I wpadlam na kogoś...
-GŁUPI!!!!-wrzasnelam, ale zaraz zamknelam gebe bo oczywiscie Joanne na kogo mogla wpaść jak nie na samego Snape'a...
- Slucham panno Malfoy?- wysyczal wsciekle... podnoszac sie z podlogi i patrzac na mnie wyniosle...
- Eeee.. panie psorze przepraszam... mialam dosyc wyczerpujacy trening... a dostalam zadanie do znalezienia rymu do glupi... wie pan "gryfon zly, gryfon glupi" do naszje przyśpiweki- wyszczerzylam nerwowo zeby...
- wolałbym bez tych epitetów panno Malfoy- mruknął, chociaz w kacikach pojawil sie lekki usmiech... ja to wiem jak podchodzic do nauczycieli :P...- nie mam teraz czasu na wymyslanie pani kar, wiec prosz po prostu zejść mi z drogi- wy wyminął mnie szybkim krokiem...
A idź do diabła nietoperzu! Mam gdzies twoje wanziejsze sprawy...
- O czesc Joanne!- to Tim szedl w moja strone...
- Hej- usmiechnelam sie...
- masz ochote sie przejść?- zagadał z usmiechem...
Coz mimo, ze bylam zmeczona, postanowilam przjesc sie z Timem na blonia... wkoncu, mial on byc moja ofiara, a był całkiem przystojny... I nie obraziłabym sie jakby zlozyl na moich ustach pocałunek :)...
- Jasne- usmiechnelam sie i psozlismy w strone sali wejsciowej... tam Tim spotkał paru kumpli i przedstawil mnie im... Jejciu, Tim mial naprawde fajnych kolegow:)... nawet nie wiedzialam, ze w naszej szkole tacy są...
Z Timem strasznie milosie gadalo... dodatkowo chlopak mial szalona dusze wiec po jakims czasie jak wyszlismy na blonia wział mnie na barana i biegał miedzy konarami drzew przy jeziorze...
- Tim! Przestań!- wrzeszcałam śmiejąc się jak głupia...
-Czyzby mala Jo się bała?- rechotał Tim biegnac jescze szybciej...
- A ja sie niczeho nie boje- wrzasnelam mu do ucha.
Chlopak zatrzymal się i zdjął mnie ze swoich bioder....Ja spojrzałam za niego... Clemens wyczyniala rozne cuda cheerliderskie przed Davidem a on wdawal sie byc tym znudzony ale jak tylko napotkal moj wzrok od razu zaczal klaskac Clemens by ta robila jescze wiecej takich sztuczek... Kretyn...
- Niczego sie nie boisz?- spojrzał na mnie badawczo...
- no niczego- usmiechnelam sie pewnie...
- zobaczymy...-wziął mnie na ręce i zaczął biec w stronę jeziora- a wielkiej kałamarnicy sie nie boisz?!
- Tim!!! Nie!!!!- ale było już za późno... Wrzucił mnie do sadzawki a sam wbiegł za mną- debil!- zaczelam sie smiac i podtapiać chlopaka, on mnie...
Aż dziwne jak swietnie siez tym chlopakiem bawilam i dogadywalam...
Może Tim rzeczywiscie wpadl mi w oko i bedzie nastepca davida?
skomentuj (10)
2005-06-23 21:07:42 >>
cheerliderki
- Że co????!!!!!! Ja mam być pomponiarą??!!
- Ale, Jo, przeciez widzialam jaksie ruszasz, a my potrzebujemy kogos takiego jak ty w drużynie!- Katie wydawała się być nieubłagana...
- I niby co? Mam latać po boisku od quiditcha i wymachwiać pomponami?- zapytałam tonem jakby była to ostatnia rzecz o jaka bym sie jej pytala...
- Oj, nie rozumiesz intencji cheerliderek. Otóż my stanowimy ogromne oparcie dla graczy, gdyby nie my, oni nie mieli by zapału do gry...- dziewczyna z dwoma blond warkoczami uśmiechnęła się do mnie znacząco...
Gdy jednak zobaczyła na mojej twarzy lekki grymas niezadowolenia całkowicie zminiła taktykę...
- Jo... popatrz już masz znaczącą pozycję w szkole... zobaczysz jak będzie po tym jak wstąpisz do naszej drużyny...- ale niezbyt ta taktyka do mnie przemawiala- przyjdź przynajmniej na probę, zobaczysz jak fajnie...
- Przyjść chyba mogę...- odpowiedziałam na odczepnego.
- świetnie!- krzyknęła dziewczyna a na jej twarzy pojawił sie jesczze szerszy uśmiech- to do zobaczenia za godzinę na boisku...
I pobiegła gdzieś wgłąb korytarza wykrzykując coś w stylu "Z W Y C I Ę S T W O... ZWYYYYY CIĘSTWO!!!".
- Czego od ciebie chciala mala miss podskokow?- Yuko niezbyt przepadała za Katie, poniewaz miały one niezbyt miłe spięcie o pewnego chłopaka.
- żebym razem z nimi wymachiwała pomponami- mruknęłam szukając czegoś w torbie.
- naprawdę?!- zdziwiła się Cass- one to proponują tylko dziewczynom z naprawdę twardymi nerwami i dosyc wysoką pozycja w szkole...
- twardato ja jestem...a o pozycji w szkole cos wspominala... ale mi osobiscie wydaje się, że ta cała Katie poprzez mnie chce zbliżyć się do Dracona- rzekłam po chwili.
- niedoczekanie- mruknęla Cass z mściwym uśmiechem.
- Jo!- usłyszałam za soba głos Davida.
Szybko odwróciłam się w jego stronę...
- Słucham?- mruknęłam dosyć zimnym tonem
- Ty nadal jesteś na mnie obrażona?- David zrobił niezbyt ciekawą minę...
- hmmm... tak jakby- mruknęłam ponownie odwracając się.
- Jo przepraszam, ale nie mogłem wtedy się z tobą spotkać... mialem naprawde wazne zajecie... bo wiesz... przyjeli mnie do druzyny quiditcha...- z tonu jego glosu wywnioskowalam, ze mialamsie z tego cholernie cieszyc, ja jednak znow spojrzalam na neigo zimnym wzrokiem...
- i?- mruknęłam...
- I?! I?!- zbulwersował się chłopak- jak to "i"??!! teraz będziesz mogła mi z trybun kibicować i chwalić się, że ten na górzegracz to twoj chlopak- usmiechnal sie i juz chcial mnie zlapac w biodrach, ale ja szybko zrzucilam jego rece z moich bioder.
- Wybacz, ale raczej nie, jako, ze bede cheerliderka Slytherinu- rzeklam szybko odwracajac sie- spadam tymczasem... narazie...
- Joanne, o co sie znowu pozarliście?- Cass jak zreszta reszta juz nie nadazala za moim dziwnym zwiazkiem z Davidem.
- O nic... po prostu mnie wkurzył buc jeden... zreszta niewazne- skonczylam rozmowe bo juz do stolika przy ktorym siedzialysmy w pokoju wspolnym podbiegala a wlasciwie podskakiwala radosnie Katie.
- Hej Jo... wlasnie idziemy na probe... idziesz?- mrugnela do mnie jak do najlepszej przyjaciolki. Cass i Yuko zmierzyly ja baaardzo zimnym spojrzeniem...
Z nieco niechetna mina podnioslam sie i mruknelam...
- taa jasne...
- Z jak zwycięstwo, I jak inteligencja, E jak elokwencja, L jak Luuuuzaki, O jak oni, N jak Naszymi, I jak Idolami!!!!! Zieloni Ślizgoni!! Do boju do boju! Zawsze z nami zieloni!!! ZWYCIĘŻYMY!!!!- krzyczały klony wymachujac srebrno zielonymi pomponami...
Siedzialam tam ze znudzoną miną...Z jednej strony czlonkostwo w tej grupie spowodowaloby destrukcje jakiegos tysiaca moich komorek mozgowych, z drugiej jednak strony zrobilabym na zlość Davidowi...
- I co Jo? Przylaczasz sie- Katie i kilka innych dziwnie usmiechnietych dziewczyn ludzaco do siebie podobnych stanelo nade mna jak grupa wyszkolonych, usmiechnietych katow...
- Eeee... a jest cos takiego jak okres probny?- mruknelam...
- Jasne! Czyli dolaczasz?!- katie wydawala sie byc w niebowzieta...
- no na jakis czas..,.
Dziewczyny od razu ustawily sie w szereg i zaczely wywijac tymi swoimi pomponami...
Odrazu wiedzialam, ze to nie ebdzie nic milego....
skomentuj (10)