2007-11-30 20:52:17 >>

miłość w obliczu śmierci



Poranne światło wpadło na moja twarz nagle, budząc mnie i tak ze strzępków snu. Otworzyłam lekko oczy, jednak promienie słoneczne padające wprost na mnie uniemożliwiły mi zobaczenie czegokolwiek.
- Widzę, że się obudziłaś… księżniczko- powiedział Ktoś głosem, za którym tak tęskniłam, i który chciałam usłyszeć każdego dnia, a z racji wojny nie miałam możliwości.
- Dawid!- wyskoczyłam szybko z łóżka i przytuliłam się do chłopaka- David tak za tobą tęskniłam- mruczałam w jego ramię.
- Ja za tobą też maleńka- odezwał się po chwili głaszcząc mnie po głowie- jak tylko mama powiedziała mi, że tu jesteś od razu tu przybiegłem. Bałem się, że coś ci się stało, powiedz dlaczego tak nagle przybyłaś, dlaczego nie odpowiadałaś na listy, co się działo, żadnej wiadomości od ciebie przez całe 2 miesiące nie miałem. Jo naprawdę myślałem, że coś jest nie tak….
Oderwałam się od niego i usiadłam na łóżku. Nie wiedziałam, co miałam mu powiedzieć… Dawid spojrzał na mnie i usiadł obok mnie.
- Musiałaś uciekać?- szepnął.
- Tak- odpowiedziałam bardzo chrypliwym głosem- nie mogłam… nie chciałam… nie potrafiłam- zaczęłam i parę łez pociekło mi po twarzy- jak mogłam patrzeć na to wszystko? Jak mogłam przyłączyć się do śmierciożerców… Dawid… myślałam, że jestem silna, że urodziłam się po to by służyć… czarnemu Panu… ale to wszystko… Przechodzi moją cierpliwość… wytrzymałość… Musiałam uciekać bo nie należałam do śmierciożerców, a mój dom stał się ich główną placówką… mama kazała mi uciekać, bo inaczej… zapewne czarny pan zabiłby mnie…- oparłam głowę o ramie Dawida, a on mocno mnie przytulił.
- Jo… dlaczego nie pisałaś… zabrałbym cię stamtąd od razu- powiedział po chwili David.
- Dawid nie mogłam… w sumie przychodząc do ciebie jakby spadłam z deszczu pod rynnę, jesteście w dużym niebezpieczeństwie bo nie trzymacie z czarnym panem… Poza tym… Znasz pottera i możesz wiedzieć gdzie on jest… Te wszystkie nieudane zamachy na niego… Zginęło za dużo osób, Dawid.. oni nie będą mieli oporów, żeby zabijać kolejne osoby.- spojrzałam na niego ze łzami w oczach- ty i cała twoja rodzina jesteście w niebezpieczeństwie.
- Joanne… jedynie ja jestem w niebezpieczeństwie, rodzice sobie poradzą oni nie biorą udziału w wojnach ich to nie dotyczy… a przynajmniej tak myślą… I teraz miałbym ich zostawić? Jo. Nie mogę…- przerwał bo do pokoju weszła mama Dawida.
- Och rozmawiacie…-mama Dawida nie wydawała się jednak speszona- przyniosłam Joanne śniadanie, wkońcu już prawie południe… Przepraszam podsłuchałam, przez przypadek oczywiście, waszą rozmowę… Dawid… masz rację nas to nie dotyczy, my sobie poradzimy, ale was nie jesteśmy wstanie chronić, jesteście już prawie dorośli, musicie umiec podejmować odpowiednie decyzje… A wydaje mi się, że właściwą decyzją będzie… jeżeli opuścicie ten dom… Nie żebym was wyrzucała, bo to wasza decyzja… Chodzi o to… Jo… strasznie mi przykro, z tego co usłyszałam dzisiaj, szykują zamach i na Ciebie…. I na Dawida, na Dawida tak jak mówiłaś, bo może coś wiedzieć o biednym Harrym…
- Aco mają do Jo?!- krzyknął Dawid.
- Nie jestem pewna, chodzą pogłoski, ze zdradziła tego-Którego-Imienia-Nie-Wolno-Wymieniać, ze nie przyłączyła do jego grupy i uciekła… Nietrudno im będzie wywnioskować gdzie uciekłaś Joanne…- powiedziała smutno mama Dawida.
Spojrzałam na chłopaka, nie wiedziałam, co miałam zrobić… na dodatek czułam się paskudnie, końcu smierciożercy pierwsze, co zrobią to przyjdą tutaj…. Naraziłam dodatkowo rodziców Dawida…
- Pani Lilianne… Przepraszam- odezwałam się po chwili.
- Joanne, kochanie nie masz za co przepraszać… musiałaś gdzieś się podziać a Dawid jest ci chyba najbliższą osobą poza Hogwartem… Rozumiem… i bardzo się cieszę, że masz do niego takie zaufanie- uśmiechnęła się tak jakoś…. Po matczynemu…
Dawid przytulił mnie jeszcze mocniej… Wiedziałam, że nie zostawi mnie i wiedziałam, że już dzisiaj wyruszymy w niekończącą się ucieczkę.
- Joanne- spojrzał na mnie po chwili- wyjdziesz za mnie?
- Słucham- spytałam zszokowana, skąd mu się to w takiej chwili urodziło?!
Mama Dawida patrzyła to na mnie to na niego, nie widząc (chyba po raz pierwszy) co powiedzieć, jak zareagować.
- czy wyjdziesz za mnie… Joanne, nikt nie wie czy to wszystko przeżyjemy, kocham Cię i chciałem, żebyśmy umierali jako… małżeństwo… chciałem przypieczętować nas związek właśnie w takiej chwili.
- ale Dawid jak ty to sobie wyobrażasz?! Przeciez musimy uciekać, kto nam udzieli ślubu… teraz?!- patrzyłam na niego z mieszaniną przerażenia, politowania, a nawet radości.
- och Joanne- odezwała się pani lilianne-ślubu może wam udzielić mój mąż, ma do tego uprawnienia!!!- aż zaklaskała ucieszona.
- To znaczy, że pobralibyśmy się dzisiaj?- odzewałam się skolowana.
- Tak- powiedział Dawid- to… Joanne wyjdziesz za mnie?- powtórzył tym razem klękając przede mną.
Spojrzałam na niego, później na jego mamę, obydwoje wyglądali jakby zaraz mieli zemdleć z nerwów.
- Oczywiście- uśmiechnęłam się i pocalowałam Dawida.

- Jesteście pewni?- ojciec Dawida, sir Bernard Henderson, postawny mężczyzna, z którego wręcz biła siła i ciepło, ale też momentalnie wywoływał respekt w odbiorcy. Rzadko spotykałam takich ludzi. Patrzył się na nas smutnymi i zmęczonymi oczami-Chodzi mi o waszą podróż, myślę, że… nie jest konieczne żebyście nas opuszczali.
- Panie Bernardzie- odezwałam się szybko- to wszystko moja wina, nie chcę dłużej państwa narażać, jeżeli uciekniemy z Dawidem, podwajamy nasze i wasze szanse na przeżycie, gdybyśmy tu zostali… wszyscy byśmy zginęli…
Ojciec Dawida spojrzał na mnie i tylko westchnął, po chwili powstał i podszedł do swojej biblioteczki, z której wyciągnął stary opasły tom.
- Joanne Malfoy, wnuczka niezapomnianego Crabusa Malfoya, córka Lucjusza Malfoya… Tych Malfoyów, od pokoleń sympatyzujących z czarną magią- jeździł palcem po rzędach liter wyraźnie czegoś poszukując- czy zdajesz sobie sprawę Joanno, że od teraz będziesz traktowana jako zdrajca krwi, nikt, prócz Syriusza Blacka nie dopuścił się takiej zdrad… Zresztą Syriusz przypłacił to życiem… i jest jeszcze ta córka… jak ona się zwala… Nimfadora Tonks, jest tak samo poszukiwana jak ty…
- Jakie to ma znaczenie- przerwałam mu- teraz każdy może bać się o swoje istnienie, jak pan sam zauważył Dawid też jest zagrożony, kto wie czy nie bardziej niż ja… Na każdego, jak będą chcieli, coś znajda…
Pan Bernard spojrzał na mnie znad woluminu, po czym powrócił do studiowania ksiązki. Po chwili znów przemówił.
- A zatem chcecie się pobrać? Cóż jesteście młodzi, ale nie mi stawać na drodze… hmmm…-uśmiechnął się do siebie- miłości. Mogę wam udzielić ślubu, pod jednym warunkiem….
- Jakim?!- odezwaliśmy się natychmiast z Davidem.
- Musicie mi obiecać, że gdy będzie po całej tej wojnie, a wierzę, że nastapi to niedługo, wy i wasze wnuki zamieszkacie w tej posesji i będziecie z dumą kontynuować ród Hendersonów. I jeszcze jedno… Postarajcie się powstrzymać przed nieustającym migrowaniem. Znalazłem dla was w miarę bezpieczne ukrycie, jeżeli ustanowicie mnie swoim strażnikiem tajemnicy możecie czuć się w pełni bezpieczni.
- Pierwszy warunek możemy spełnić, ale drugiego nie- odpowiedziałam szybko nie pozwalając odezwać się Dawidowi, który spojrzał na mnie zdziwiony- nie mogę pana narażać aż tak, będę panu za wszystko dozgonnie wdzięczna, nie śmiałabym prosić pana o bycie naszym strażnikiem.
- Nie ufasz mi Joanne?- pan Henderson spojrzał na mnie zdziwiony.
- Wręcz przeciwnie, po prostu nie chcę, żeby brał pan na siebie tak ogromne brzemię, zwłaszcza, że już i tak sprowadziłam na państwa kłopoty… Strażnikiem naszej tajemnicy musi być ktoś kogo śmierciożercy nigdy nie posądza o bycie naszym strażnikiem, strażnikiem drugiej strony musi to być osoba zaufana… I mam pomysł na taką osobę-rzekłam patrząc się w oczy panu Hendersonowi.
- Dobrze więc… udzielę wam ślubu, zaświadkują wam… w sumie możemy to potraktowac jako prezent ślubny, panienka Salma Liverdale i pan Tom Rasolsky- uśmiechnął się i podszedł do drzwi, gdy je otworzył pojawili się Salma i Tom.
- Joanne! Dawid!!- Salma podleciała do nas i wycałowała z każdej strony. Musiałam przyznać, że wyglądała bosko, jak gwiazda ubrana w piękną szatę opinającą się na jej ciele.
- Salma Tom! Jak się cieszę, że was widzę! Jak tu dotarliście?! I skąd się dowiedzieliście?- spojrzałam na Toma, który uśmiechnął się tylko i bezgłośnie powiedział „pani Henderson”.
- Joanne! Pobierasz się! Z davidem!! Nigdy bym nie pomyślała, że będę ci świadkowała i to zanim skończymy szkołę!!!- piszczała rozanielona Salma.
Uśmiechnęłam się tylko i przytuliłam się do Dawida, który wydawał się być bardziej milczący. Spojrzałam na niego i cicho spytałam.
- Wszystko ok.?
- Tak- uśmiechnął się spoglądając na mnie- musisz się przygotować do ceremonii… zresztą ja też- pocałował mnie w policzek i wyszedł z gabinetu ojca.
- Chodź Joanne, zrobimy z ciebie boginię piekności….- zawołała radośnie Salma łapiąc mnie za dłoń i wyciągając z pokoju.
Wyszłyśmy z pokoju i poszłyśmy do „mojej” sypialni, gdzie czekała już na nas mama Dawida z naręczem sukni, welonów i toreb z butami, oraz masą kosmetyków.
- Pani Lilianne… Skad pani to wszystko wzięła?- spytałam otępiała.
- och Joanne, ta suknia- pokazała mi pierwszą boską i niezwykle zdobioną suknię- należała do mojej pra prababki, w niej brała ślub, ta natomiast- kremowa skromniejsza od poprzedniej, ale nadal bijąca po oczach bogactwem- jest po mojej ciotecznej siostrze Karren Andersen, ta- najpiękniejsza suknia jaką kiedykolwiek widziałam kremowa, skromna, przyozdabiana zielonymi kamieniami szlachetnymi, bez pleców, z koronkowymi ramionami, cudowna w całej okazałości- należała do mnie, w niej brałam ślub, nawiasem mówiąc, doskonale do ciebie pasuje, zwłaszcza, że jesteś ze slytherinu, tak jak ja- uśmiechnęła się do mnie. Rzuciła jeszcze parę sukienek zrodzinnej kolekcji na łóżko, ale ja bylam absolutnie oczarowana tamtą sukienką i uparłam się, że to w niej chcę brać ślub.
- Wiedziałam, że się tobie spodoba… no dobrze, więc buty… hmmm… najlepiej będą pasowały te…- rzuciła w moją stronę delikatne kremowe sandałki z samych pasków- teraz włosy… pomyślmy- wyjęła z włosów (?!) różdżkę (co spowodowało, że jej kok rozpadł się) i zamachnęła się nią raz. Na mojej głowie pojawił się ulizany kask blond włosów- nie, absolutnie, nie pasuje- mruknęła niezadowolona i znów machnęła różdżką. Teraz włosy ułożyły się w delikatne i subtelne fale, ale niepasujące jakoś do całej kreacji- też nie… hmmm… może teraz- tym razem na mojej głowie pojawiła się burza niesfornych, acz dodających dużego uroku, loków- idealnie!- wykrzyknęła i spojrzała mi w oczy- i jak Joanne, podoba ci się?
Stanęłam przed lustrem i aż oniemiałam, wyglądałam pięknie… I tak… dorośle, dopiero teraz dotarło do mnie, że… biorę ślub.
- Jo.. wyglądasz cudownie- Salma stanęła obok mnie i mierzyła mnie wzrokiem.
Do pokoju ktoś zapukał, powoli wszedł ojciec Dawida.
- Jestem z was dumny… Jestem dumny z tego, że będę miał taką mądrą i wspaniałą synową, nieważne z jakiego rodu pochodzisz Joanne, ważne jaka jesteś, a jesteś… idealną partnerką dla mojego syna…-uśmiechnął się i przytulił mnie do siebie…
- Dziękuję panie Henderson- wykrztusiłam, starając się nie rozpłakać.
- No… kobiety przyspieszcie- odezwał się dziarsko- Dawid już oczekuje swojej ukochanej na dole, za chwilę ceremonia- rzekł śpiewnie i wyszedł z pokoju.
Stanęłam jeszcze raz przed lustrem i tępo wpatrywałam się w srebrna taflę. Salma podeszła do mnie i przytuliła się do mnie szepcząc „wszyscy jesteśmyzciebie dumni”, po czym odwróciła się i zostawiła mnie samą przed lustrem.
Więc… nadszedł ten czas… ten dzień, w którym wyjdę za Dawida. Tyle nas łączyło i dzieliło, tyle razem przeszliśmy… A teraz będziemy tworzyć podstawową jednostkę społeczna, w tak młodym wieku rzucamy się na głęboką wodę… Przecież ja mam dopiero 16, Dawid 17 lat, nawet nie jesteśmy na tyle dorośli by podejmować decyzje związane ze szkołą, a teraz się pobieramy… Nie mogłam w to uwierzyć. Chociaż z drugiej strony byłam najszczęśliwszą dziewczyna pod słońcem. Nie ma co rozmyślać trzeba wyjść i… zrobić to o czym marzyłam od kiedy uznałam Dawida za „mniejniżzawszeirytującego”.

Zeszłam po schodach do salonu, gdzie czekali na mnie już wszyscy: Państwo Henderson, Salma, Tom i David. Stanęłam obok ukochanego naprzeciwko pana Hendersona i powtarzałam za nim słowa przysięgi. Pani Henderson podarowała nam nawet obrączki należące do jej prababci. Po tej krótkiej ceremonii szybko pożegnaliśmy się ze wszystkimi i jeszcze za dnia teleportowaliśmy się do miejsca, które polecił nam pan Henderson.

skomentuj (1)

 

 

music: Coolio
>Gangsta's Paradise<

from >>kasia1986<<